One Direction

One Direction

Łączna liczba wyświetleń

Przepraszam...

...jeśli jakiś imagin pojawi się kilka razy w innych postach to przepraszam. Po prostu jest tego dużo i czasami się w tym gubię. Dziękuję za zrozumienie. Jeśli zauważysz, że imagin wstawiłam wcześniej to możesz powiadomić mnie o tym w komentarzu.

wtorek, 19 sierpnia 2014

63#Niall

Blog: One Direction Imaginy

- Czemu się ze mnie śmiejesz? - Zapytałam wkurzona. Próbowałam zachować powagę, ale kiedy widzę jego roześmiane niebieskie oczy nie mogę się powstrzymać i sama wybucham śmiechem. 

- Przerwałaś mój błogi stan wypoczynku i przywlokłaś mnie do salonu tatuaży. - Rozejrzał się dookoła siebie. - Nie byle jakiego salonu. Skąd ty w ogóle wytrzasnęłaś to miejsce? 

Fakt faktem, przerwałam nam wypoczynek, ale ja też mam prawo mieć zachcianki. Zawsze chciałam mieć tatuaż i wydaje mi się, że to odpowiednia pora. Mam osiemnaście lat i też powinnam mieć coś z życia. 

- Harry polecił mi ten salon, powiedział, że jest naprawdę dobry. 

- Kochanie on cię demoralizuje. -Próbował zachować powagę, ale słabo mu to wyszło. Zaczął śmiać się na cały głos, zwracając na siebie uwagę wszystkich osób siedzących wokoło. Dostał ode mnie kuksańca w ramię, ale humor dalej mu dopisywał. 

- Niall... Dobrze wiesz, że tak nie jest. To moja decyzja. Wiesz też co kiedyś przeszłam, wszystkie moje terapie antydepresyjne, dały mi siłę i chce pokazać, na swoim ciele jak silna jestem. 

Nic już nie odpowiedział, przybliżył się do mnie i pocałował w czoło. 

- Kocham cię, wiesz? 

- Wiem. - Powiedziałam z uśmiechem na ustach. - Ale i tak zrobię sobie tatuaż. - Cmoknęłam go w nos i oparłam się na jego ciele, ponieważ dalej obejmował mnie ramieniem. 

~*~

- Boże jak to boli! - Załkałam po raz kolejny, kiedy igła zetknęła się z moją wrażliwą skórą na nadgarstkach.- Czemu mnie nie powstrzymałeś Horan?! 

- Rzeczywiście, wcale nie próbowałem. - Powiedział chłopak, któremu naprawdę było teraz do śmiechu i prawdopodobnie, gdyby nie to, że trzymam jego rękę, tarzałby się teraz po podłodze. - Poluzuj ten uścisk, bo zaraz dopadnie mi dłoń kochanie. 

- Tak, to jest bardzo śmieszne. Twoja dziewczyna właśnie zwija się z bólu, a ty śmiejesz się jak opętany. - Powiedziałam ściskając jego dłoń jeszcze mocniej. 

Mark - bo tak nazywa się chłopak, który tworzy to piękne dzieło na mojej skórze. - zaśmiał się, a ja spojrzałam na niego wzrokiem mordercy i od razu przybrał postawę skupionego na pracy. 

Kiedy kończył napis na lewej ręce już nie odczuwałam bólu. Zawzięcie rozmawialiśmy we trójkę na niezobowiązujące tematy, które w niektórych momentach w ogóle nie miały sensu. 

~*~

- Są piękne. - Tylko tyle zdołałam z siebie wydusić patrząc na dwa słowa zdobiące moje nadgarstki. - Fajnie to sobie wymyśliłam. Są ustawione przodem do mnie więc mogę na nie patrzeć kiedy będę coś robić. 

Mark tylko zaśmiał się na moje słowa, a Niall pokręcił głową z rozbawienia. 

- Tak. Są bardzo ładne. - Powiedział mój chłopak nadal wesoły tak jak wcześniej. - Ile się należy? - Już wyciągał portfel kiedy zatrzymałam go ręką. 

- Zwariowałeś? Chyba nie masz zamiaru płacić za coś co sobie wymyśliłam. Schowaj ten portfel i nie zgrywaj dżentelmena. Sama zapłacę. 

~*~

Leżą na kanapie, a wokół panuje magiczna cisza, co jakiś czas przerywana trzaskiem drewna w kominku. Ten wieczór nie mógł być piękniejszy. Jednak ciszę przerwał Niall, który delikatnie odsunął dziewczynę od siebie, aby na nią spojrzeć. 

- Nie rozumiem, dlaczego nie pozwalasz za siebie płacić, czemu kiedy chcę przepuścić cię w drzwiach stajesz i mówisz "Panowie przodem", czemu musisz mieć zamknięte drzwi w pomieszczeniu, w którym przebywasz, dlaczego wszystko musi być pięknie poukładane kiedy gdzieś jesteś, czemu ćwiczysz pięć razy w tygodniu tak bardzo intensywnie, chociaż powtarzam ci, że wcale tego nie potrzebujesz, bo jesteś idealna, dlaczego pijesz herbatę przed snem, i chociaż śpiewasz jak anioł nadal nie chcesz tego przyznać, dlaczego jesteś dobra nawet dla tych ludzi, którzy zrobili ci najgorsze świństwo. Mimo to jednak wiem, że kiedy nie jestem z tobą budzę się dla tylko połowy nieba, trochę tam, ale nie całkiem, spaceruje tylko z jednym butem, jestem połową serca bez ciebie. W najlepszym wypadku jestem połową człowieka, z połową strzały w mojej klatce piersiowej, tęsknię za tym co robimy, jestem połową serca bez ciebie. Prawda jest taka, że bez ciebie się gubię. Wydaje mi się, że najlepiej będzie, kiedy zostaniemy ze sobą na zawsze. – skończył swój monolog, a ona tylko wtuliła się w jego ciało, wiedziała, że niepotrzebne są jej słowa, żeby odpowiedzieć, wystarczy jeden mały gest. 


62#Louis

Blog:One Direction Imaginy

Pamiętam, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy. To było coś cudownego, niemalże niezapomnianego. Tamten dzień nigdy nie wyparuje z mojej pamięci. To była chyba sobota. Tak... jak zwykle siedziałam w tłumie swoich rozgadanych znajomych, ale nigdy niczego nie mówiłam. Zawsze zachowywałam się jak szara myszka, ukryta w sobie. Każdy mnie taką spostrzegał. Ty w sumie potem wiedziałeś, że prawda jest zupełnie inna, że jestem kimś innym. Tak, to ja T.I., dziewczyna, która nigdy nie pokazała swojego prawdziwego "ja", bo groziłoby to pośmiewiskiem ze strony każdego, nawet najbliższych przyjaciół, których tak czy siak nie miałam.
  Wróćmy jednak do tamtego magicznego dnia. Zapowiadał się taki sam ponury i monotonny 24- godzinny test mojej wytrzymałości. Słońce grzało niemiłosiernie, co w Londynie było nowością. Wszyscy wokół z uśmiechem na twarzy i ubrani najlżej, jak to było możliwe, podążali za codziennymi sprawami, czy to do pracy, czy po prostu na spacer. Ja musiałam zrobić to samo, wtopić się w tłum i zapomnieć o wszystkim. Codziennie, więc i tamtego dnia razem ze znajomymi wybraliśmy się do tej słynnej kanjpy obok Big Bena. Wszyscy mówili, że serwują tam dobre jedzenie i to w przystępnej cenie. Każda osoba, którą znałam wychwalała to miejsce, jak jakąś świątynie ku czci czegoś. Mi to wszystko było obojętne. Bar, jak bar, co więcej mam powiedzieć?
  No więc, było wtedy ciepło, nie, przepraszam, było gorąco. Razem z grupą siedzieliśmy przy naszym ulubionym stoliku. Tam, gdzie widać było dokładnie całe miasto. Widok aż zapierał dech w piersiach. To było coś cudownego. Gwar rozmów doprowadzał mnie do szału. Każdy rozprawiał o czymś nie mającym jakiegokolwiek znaczenia, a ja była wpatrzona w okno. Wtedy to ujrzałam Ciebie...
  Mój wzrok ujrzał chłopaka o niebieskich jak ocean oczach, idącego z grupą jakichś znajomych. Musiałam długo się w ciebie wpatrywać, bo zwróciłeś na mnie uwagę. Gdybyś tylko wiedział, jak ja się wtedy czułam. Ktoś taki jak ty obdarzył mnie uśmiechem, to było wspaniałe. Szybko odsunęłam się od szyby i próbowałam zapomnieć o całym zajściu. Ty jednak jak na złość postanowiłeś, że nie dasz mi odpocząć od konsekwencji tego zajścia. Dobrze pamiętam, jak mocnym pchnięciem otworzyliście drzwi do środka. To było coś dziwnego. W jednej chwili cały gwar ucichł i wpatrywał się w was jak w obrazek. Niestety, ja też...
  Usiedliście przy barze. Wy- ty, przystojny brunet o pięknych oczach, ciemnowłosy chłopak z milionami tatuażów, dobrze zbudowany, ale nadal szczupły facet, o krótko przystrzyżonych brązowych włosach, jakiś zapewne młodszy osobnik waszej grupy, z bujnymi kręconymi włosami i niebieskooki blondyn. Większość dziewczyn nie mogła od was oderwać wzroku, byliście piękni.
  Mimo tego, że dzieliło nas sporo stolików, od razu odnalazłeś mnie i moje spojrzenie. Wiedziałam, że już wtedy nie uda mi się uciec od sprawiedliwości. Ty wtedy nagle wstałeś i zacząłeś kierować się prosto do naszego stolika. To w tamtym momencie poczułam strach i upokorzenie. Zadawałam sobie pytanie "O co mu chodzi? Może nie pasowało mu to, że ktoś taki jak ja, w ogóle raczył na niego spojrzeć...". Oczywiście znowu się pomyliłam. Podszedłeś z uśmiechem na twarzy do naszego stolika. Wtedy to zapanowała niemalże grobowa cisza. Wszystkie dziewczyny, które mogły w jakiś sposób ci zaimponować, gładziły nienaturalnie swoje włosy, bądź rozpinały koszule, by bardziej uwydatnić swój dekolt. Ja starałam się jak najbardziej schować w tym całym tłumie. Wcisnęłam się pomiędzy zasłony i czekałam jak idiotka. "T.I., co ty w ogóle robisz? Przecież on nawet nie pomyślał, żeby przyjść akurat do ciebie. Nie widzisz? Wokół jest wiele pięknych dziewczyn, które tylko czekają na jego reakcję, a ty jak pięcioletni dzieciak chowasz się przed czymś, co nigdy nie nastanie. Dorośnij!". Miałam się już wyłonić zza zasłon, gdy poczułam bolący skurcz w brzuchu. Złapałam się za bolące miejsce. Tak, wtedy od dłuższego czasu oznaki alkoholizmu mojego ojca dawały o sobie znać. Zrobił to mi... Kiedy jest pijany, nie widzi różnicy pomiędzy swoją własną córką, a zwykłą prostytutką z ulicy.
  Pamiętam, że ktoś mnie pociągnął za bluzkę i w jednym momencie stałam sztywno na nogach, łapiąc się za obolały brzuch. Czułam się okropnie, jakbym miała za chwilę stracić równowagę i upaść na zimny bruk, ale ktoś mnie przytrzymywał. Od tej osoby biło ciepło, miłość i spokój, i zapach niepowtarzalnych perfum. Czyżbym już umarła i była w niebie?''Coś ci jest?", wtedy to po raz pierwszy usłyszałam twój męski głos. Powodował u mnie dreszcze i niemałą satysfakcję. Powoli podniosłam wzrok, bo chciałam zobaczyć, kto jest moim bohaterem i ujrzałam parę lazurowych oczu... tych oczu... Potem poczułam, że nogi zaczęły mi ciążyć. Powieki same się zmykały, a moje ciało powoli osuwało się w dół. Niczego nie czułam. Słyszałam tylko wrzaski "T.I.! O matko, co się z nią dzieje!" " Zbieramy się stąd, trzeba ją zabrać do szpi..."
  Nie pamiętam, ile czasu spędziłam w szpitalu. Tydzień, dwa, a może miesiąc? Nie. Wszystko było zamazane. Pamiętam, że nadal bolał mnie brzuch, a ja nie chciałam się budzić. Niestety mój umysł nie współgrał z moim ciałem. Po kilku sekundach moje powieki poczuły niemiły atak światła słonecznego. Wszystko widziałam wyraźnie, ale w nic, co zobaczyłam, nie wierzyłam. Ktoś siedział obok mojego łóżka. Nigdy bym nie powiedziała, że jest jakaś osoba, która tak by się dla mnie poświęciła. Matki nie miałam, o ojcu nie chcę nawet słyszeć, na pewno przyszedłby tutaj pijany i może zaczął się do mnie tutaj dobierać, a mój brat, uciekł do USA i teraz prowadzi jakąś dobrze zarabiającą firmę budowniczą. Na znajomych nie miałam co liczyć. Niby się lubiliśmy, ale wiedziałam, że moja obecność wśród nich im w jakiś sposób ciąży.
  Obok mnie siedział ktoś, kogo nigdy w życiu nie spodziewałabym się tutaj. To byłeś Ty. Rozsiadłeś się na skórzanym fotelu tuż obok półki, na której leżały świeże kwiaty. Ich woń czuć było zapewne w całym oddziale. Zauważyłeś, że już nie śpię i bez słowa wstałeś i wyszedłeś gdzieś."Nie, nie zostawiaj mnie teraz. Ja potrzebuję kogoś. Ja...". Do pokoju wszedłeś razem z jakimś innym mężczyzną, zapewne lekarzem i znowu usiadłeś na swoim miejscu, wpatrując się we mnie."Dzień dobry, pani T.I. Jak się pani dzisiaj czuje? Niestety mamy dla pani złą nowinę. Dziecko nie przeżyło tego. Poroniła pani w trzecim miesiącu ciąży...". Reszty już nie słuchałam. Jak to poroniłam? Przecież musiałabym być w ciąży, a ja...
  Pamiętam, jak się wtedy poczułam. Jak wyrzutek. Mój ojciec spłodził mi dziecko. Oto, co się stało, a stało się dobrze. Poroniłam. W duchu zaczęłam się cieszyć, że miałam szczęście, ale szybko zapomniałam o tym. Przecież niedługo znowu wrócę do piekła, bo domem nie można tego nazwać, a on znowu to zrobi. Zapomniałam o twojej obecności. Zachowywałeś się tak cicho, jakby nie ciebie tam nie było. Mimo tego, cały czas się we mnie wpatrywałeś z jakąś troską? Nie... a może to była odraza?
  Twoje oczy zawsze wzbudzały we mnie jakieś dziwne uczucie. To nie było szczęście, ale mix wszystkiego, co jest radosne i kochane, i jednocześnie dziwne. Tak było i tamtym razem, kiedy byłam w szpitalu. Pamiętasz, wtedy jedynie twój głos przyprowadzał mój umysł na normalną drogę, odzyskiwałam świadomość. Wiem, że wiedziałeś, jak ci się przyglądam, jak reaguję na twoją bliskość. Byłeś dla mnie bardzo troskliwy, chociaż w ogóle się nie znaliśmy. Tamtego dnia nie odstąpiłeś mnie na krok. Zachowywałeś się jak najlepszy przyjaciel, którego nigdy nie miałam. Przynosiłeś mi posiłek, wodę, często zachęcałeś do brania dawek lekarstw - byłeś moim prywatnym aniołem. Do dzisiaj wspominam tę chwilę, kiedy powiedziałeś mi, jak się nazywasz - "Louis...". Te pięć liter L-O-U-I-S stanowiły dla mnie więcej niż przypuszczałam. Stałeś się dla mnie nowym światem, w którym brak przemocy i zła.
  Przychodziłeś do mnie codziennie. Tłumaczyłeś się w słodki sposób, że teraz jesteś za mnie odpowiedzialny, bo to przecież ty zareagowałeś tam w barze. Byłam ci za to ogromnie wdzięczna. Czasami byłeś trochę nadopiekuńczy, to się w tobie nigdy nie zmieniło. Broniłeś mnie przed wszystkim, czego nie lubiłam, nawet przed prawdą. Mimo, że przez ten krótki okres pobytu na oddziale, ty i ja staliśmy się kompanami na długie lata, ty nigdy nie poruszyłeś przy mnie tematu poronionego dziecka. To było tak, jakbyś zdawał sobie sprawę z tego, że to boli, bądź, że jeszcze jest na to zbyt wcześnie.
  Gdy w końcu zostałam wypisana, ty cieszyłeś się jak dziecko. Mówiłeś mi, że będziemy razem podróżować, spędzać wolny czas, żyć chwilą... Dla ciebie to było takie proste. Nie wiedziałeś jeszcze, że dla mnie powrót do domu, to najgorsza z możliwych rzeczy. Nie przypuszczałeś, że ukrywam prawdę pod osłoną sztucznego uśmiechu i ciągłego przytakiwania -"Tak, będzie fajnie...". Byłam jednak twarda i postanowiłam, że nie poproszę ciebie o pomoc. Wmawiałam sobie, że przeżyłam przecież w ten sposób 19 lat, więc kolejne 19 mnie nie zbawi.
  Mimo tego, iż sytuacja w moim domu w ogóle się nie zmieniła, chociaż nie, ojciec pił tym razem do upadłego, więc nie miał nawet sił, by mnie tknąć, ty spełniałeś swoje obietnice. Codziennie fundowałeś mi tysiąc rozrywek. To wyjazd za miasto, to kolacja w jakiejś uroczej restauracji. Uwielbiałam spędzać z tobą czas. Byłeś po prostu kochany. Najgorsze były powroty do domu, on myślał, że T.I. zaraz pójdzie smacznie spać i że jutro znowu zrobią coś szalonego, a T.I. - ja, modliłam się w duchu, żeby ojciec znowu był pijany do nieprzytomności - wtedy miałam kilka sekund na ucieczkę do pokoju.
  Mój plan był wspaniały, ale musiałeś wykryć prawdę. To było pewnego grudniowego wieczoru. Wracaliśmy z stoku narciarskiego. Mimo, iż w samochodzie panowała duchota, ja siedziałam opatulona szalikiem i kurtką. Zadawałeś mi wtedy dziwne pytania "Jak ty możesz wytrzymać?". Nie powiem, to było trudne, ale wolałam schować swoje piękne siniaki przed nim, przecież wszystko by się wydało. Odstawiłeś mnie do domu i odjechałeś, jak zwykle myśląc, że wszystko jest OK. Nie wiem, czy to przypadek, czy los tak chciał, że wydarzenia potoczyły się w ten sposób.
  Weszłam niepewnie, po cichu do domu i zastałam ojca - oczywiście pijanego, ale w pełni zdolnego uczynić wszystko. To był moment, którego najbardziej się obawiałam. Mój ojciec szybko wstał i ruszył na mnie, przygniatając mnie do ściany. Pamiętam jeszcze ten ból, gdy wykręcał mi nadgarstki. Krzyczałam, waliłam
nogami w drzwi, ale wiedziałam, że nikt mi nie pomoże. Wtedy jednak usłyszałam coś. Był to silnik samochodu. Ktoś pospiesznie z niego wysiadał i w jednej chwili drzwi otworzyły się z trzaskiem. To byłeś ty, Louis. Odepchnąłeś mojego ojca ode mnie i powiedziałeś mi "Idź do auta", po czym pogładziłeś mnie po włosach i rzuciłeś się na mojego ojca. Nie wiem, co się potem stało. Szybko wbiegłam do twojego auta i mokra od łez, zemdlałam.
  Obudził mnie twój dotyk. Dłonią gładziłeś mój policzek, co wywoływało u mnie uśmiech na twarzy. Pamiętam, jakie było moje zdziwienie, że jestem w twoim mieszkaniu. Znowu się mną zaopiekowałeś. Przynosiłeś jedzenie do łóżka, troszczyłeś się, ale wiedziałam, że będziesz chciał poznać prawdę, więc uległam ci. Wiem, jak bardzo ciebie to bolało, że nie mogłeś mi jakoś pomóc, że ciebie oszukiwałam. Powiedziałeś, że dla mnie zrobiłbyś wszystko i wtedy, oh... pocałowałeś mnie, Louisie, a ja ciebie pokochałam.
  Nasza miłość szybko przerodziła się w coś bardzo silnego. Byliśmy parą jak z obrazka. Każdy chyba nam zazdrościł. Nie należeliśmy do osób, które szczędzą sobie przyjemności, wręcz przeciwnie. Niestety, było pięknie, ale nawet u nas pojawił się kryzys. To było chyba wtedy, kiedy zaczęłam szukać pracy, bo tylko ty utrzymywałeś nas. Mówiłeś mi, że nie muszę tego robić, że on chce być za nas odpowiedzialny, ale wiedział, że i tak mnie nie powstrzyma, więc uległ mi. Pomagał w znalezieniu odpowiedniego stanowiska. Wiem, że czuł się wtedy trochę odrzucony, bo ja prawie cały czas pracowałam. Nie było czasu na przyjemności i na nic. I to właśnie wtedy nadszedł moment krytyczny.
  Wróciłam do domu wcześniej niż zwykle, ponieważ były to ferie wiosenne, a ja dostałam awans, więc kategorycznie zażądałam urlopu, bo chciałam spędzić czas z moim ukochanym. Pamiętam, że kupiłam wtedy butelkę wina, twoje ulubione ciasto - marchewkowe i ubrałam się przyzwoicie. W domu panowała wtedy grobowa cisza, zasłony były zaciągnięte, a ja szybko wbiegłam do kuchni, by wszystko przygotować. Szłam już z tacą do salonu, a tam... byłeś ty - leżałeś prawie nagi, bo przysłonięty kocem, a obok ciebie rozkładała się rozebrana kobieta. Wiem, co robiliście. Taca wypadła z moich rąk, kieliszki pękły, ty szybko wstałeś i zacząłeś mówić "... że to nie tak, T.I.". Ja niczego nie słuchałam, tylko wybiegłam z domu, prosto przed siebie. W duchu krzyczałam "Tylko nie to! Tylko nie on!". Wiem, że za mną biegłeś, bo słyszałam twoje głośne kroki. Krzyczałeś coś za mną, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Przebiegając przez ulicę usłyszałam głośny pisk hamulców i dźwięk mocnego uderzenia. Odwróciłam się i zobaczyłam ciebie - leżącego na asfalcie, całego zakrwawionego.
  Padłam przed tobą na kolana i nie wiedziałam, co zrobić. Mimo, iż mnie zraniłeś, to nadal ciebie kochałam. Karetka zabrała ciebie, nie pozwalając mi jechać z tobą. Siedziałam w domu i myślałam tylko o śmierci. Zadzwonił telefon i wiedziałam, że to już koniec."On nie żyje".
  Nie wiem już, kim byłeś. Niby uratowałeś mi życie, ale z drugiej strony zniszczyłeś je. Tego dnia miałam ci powiedzieć, że będziesz ojcem. Od dawna wiedziałam już o tym. Może dla ciebie to było zbyt ciężkie, może chodziło ci tylko o jedno? Nie wiem. Teraz, gdy stoję nad twoim grobem - ja, T.I. , która mimo upływu tylu lat nie może sobie poradzić z tą tragedią, nadal coś do ciebie czuję. Kocham ciebie, ale mam nadzieję, że nie będziesz na mnie zły, jeśli oddam I.T.C (imię twojej córki) do adopcji. Lepiej, żeby miała prawdziwy dom, mamę i tatę. Do zobaczenia, kochanie...

61#Liam


W moim życiu liczą się dwie rzeczy. Aparat i Fotografowanie. Roiłam zdjęcia od małego, to było moją
 pasją. Chorobą. Dziewczyny w moim wieku zbierały na markowe ciuchy, buty i dodatki, podczas gdy
 ja odkładałam w możliwie najlepszy sposób zarobione pieniądze na ten wymarzony aparat. Był cudowny. 
Miał tyle opcji, ze na samą myśl o wodzeniu moimi opuszkami palców po obiektywie serce skakało z 
radości. No i jak wiadomo, cena tez była piękna. Nie chciałam wprowadzać w długi rodziców, więc sama na
 niego odkładałam. Na urodziny prosiłam drobne kwoty pieniężne, chodziłam w tych samych ciuchach co rok temu i dwa, podczas gdy sumka w skarbonce rosła. Strzegłam jej, jak oczka w głowie. W niej były fundusze na moje wymarzone dziecko, tak to nazywałam. Oglądałam różne reklamy z tą lustrzanką i czułam wielkie podekscytowanie, że niedługo ja też będę jej właścicielką. To się stało obsesją.

I oto nadszedł ten moment. Stałam za ladą z radością i podekscytowaniem obserwowałam, jak pracownik sklepu ze sprzętem elektronicznym pakuje moje cudeńko do pudełka sprawdzając przedtem czy nie jest uszkodzony i czy ma całe wyposażenie. Przez cały czas miałam wyciągnięte dłonie w jego stronę, który mówiły ,,No daj mi go wreszcie!" Stojący obok tata obserwował mnie z wyraźnym rozbawieniem na twarzy. W końcu mężczyzna dał mi sporych rozmiarów pudło, a tata wręczył mu moje pieniądze, które mu dałam gdyż bałam się, że je zgubie.
- Gdybym mógł dać państwu radę... - zaczął mężczyzna, ale ja już byłam przy drzwiach i kompletnie go nie słuchałam oczami wyobraźni widząc siebie pstrykającą cudowne zdjęcia. Tata jeszcze chwilę porozmawiał z ekspedientem i ruszył do samochodu.
- Jesteś szczęśliwa? - zapytał tata.
- Jeszcze się pytasz? Człowieku od dzisiaj będziesz miał milion zdjęć z różnych ujęć jak pijesz poranną kawę! - odparłam na co się zaśmialiśmy.
- Byle, żebyś ni robiła sesji, jak śpię. Na kawę mogę się zgodzić - ostrzegł.
- Dobrze staruszku.


Kiedy dojechaliśmy do domu przystąpiłam do rozpakowywania mojego nowego nabytku. Próbowałam zapamiętać to uczucie, gdy naciskałam włącznik aby go uruchomić. Zbiegłam na dół wkładając aparat do porządnego pokrowca, którego nabyłam jeszcze przed jego kupieniem .
- Mamo idę na miasto robić zdjęcia!
- Nawet mi nie pokazałaś aparatu!
- Pokaże ci od razu z bonusowymi zdjęciami - obiecałam wychodząc na słoneczny dzień. Wsiadłam na rower i ruszyłam do centrum miasta, gdyż tam zdjęcia wychodzą najlepiej. Zawsze można było spotkać jakiegoś biednego człowieka przebranego za Kubusia Puchatka, albo dzieci biegające z kolorowymi balonikami. To było urocze. Odstawiłam rower na stoisku przy jednym z sklepów i ruszyłam z aparatem w dłoni. Fotografowałam młode pary i rodziny, oraz zakochanych. Nie brałam za to pieniędzy, dla mnie było to hobby. Akurat zobaczyłam chodzącego na szczudłach klauna, więc podeszłam do niego bliżej i zaczęłam go fotografować. Nie zauważyłam, że stoję na środku ulicy, byłam za bardzo pochłonięta uchwyceniem klauna. Usłyszałam tylko pisk samochodu i krzyki.

Nie straciłam przytomności, ale przed upadkiem zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam klęczał nade mną bardzo przystojny brunet. Miał brązowe oczy, zarost i bardzo zatroskaną minę.- Wszystko w porządku? Dzwonię po pogotowie - odezwał się swoim głębokim głosem.
- Nie, nic mi ni jest, ale - i wtedy przypomniało mi się, że w ręku trzymałam aparat, którego teraz nigdzie nie było! Zaczęłam się za nim rozglądać, bezskutecznie.
- Coś się stało? - zapytał chłopak, ale ja go zupełnie nie zauważałam. W końcu wstałam i przeżyłam wstrząs.Podczas upadku poleciałam na aparat rozwalając go na mniejsze części. Obiektyw odłamał się całkowicie. W moich oczach stanęły łzy. Co ja powiem rodzicom?  Jednak nie to było najgorsze. Zbierałam na ten aparat bardzo długo, odkładałam wszystkie swoje oszczędności. On był moim marzeniem. Nie zdążyłam zrobić nawet zdjęć! W tej chwili chciałam cofnąć czas i nigdzie z nim nie wychodzić. Uklęknęłam i zaczęłam zbierać resztki pozostałe po moim małym cudeńku. Bałam się wracać do domu, nie wiedziałam jak zareagują rodzice.Tajemniczy chłopak kucnął obok mnie i wziął resztki w ręce
- Przepraszam to moja wina - zaczął się tłumaczyć. Spojrzałam na niego, Był gorzej przybity tą sytuacją ode mnie. Przejął się i naprawdę było mu smutno.
- Ja też zawiniłam. Nie powinnam stać na środku jezdni.
- A ja powinienem jechać wolniej. Gdybym mocniej uderzył... nawet nie chcę o tym myśleć! Tak bardzo mi przykro. Na pewno dużo dałaś za ten aparat.
- Prawdę mówiąc wszystkie swoje oszczędności. No ale trudno. Mam nauczkę na życie. - westchnęłam i zaczęłam się podnosić. Nagle ktoś złapał mnie za rękę. To był on.
- Ty chyba sobie żartujesz! Rozwaliłem Ci aparat, na który zbierałaś od dawna a ty nawet na mnie nie krzykniesz tylko tak spokojnie sobie odejdziesz?! - zapytał zszokowany.
- Może to twój urok na mnie tak działa.... Hm...
- Liam. Jestem Liam Payne i mój urok nie ma tu nic do gadania.
- [T.I] . Przecież nie zrobię ci awantury. Ja też zawiniłam. Nie słyszałam klaksonu i krzyku ludzi a to źle.
- Weź przestań. Odkupie ci ten aparat. Dużo miałaś na nim zdjęć?
- Niewiele, no kupiłam go dzisiaj ale nie będziesz...
- No nie! I jeszcze kupiłaś go dzisiaj? Jestem palantem.
- Liam przestań. Wina była po obydwu stronach. - on naprawdę się martwił! Ale nie mogłam pozwolić aby odkupywał mi aparat! Widziałam jego cenę i nie należał do tanich.
- Wsiadaj do samochodu.
- Nie.
- Wsiadaj, bo inaczej włożę cię do niego siłą - zagroził.
- Spróbuj - uśmiechnęłam się zakładając ręce. Uniósł brwi po czym zbliżył się do mnie i zwyczajnie mnie podniósł jakbym ważyła gramy. Śmiałam się, gdy delikatnie ulokował mnie w swoim aucie na miejscu pasażera po czym zebrał resztki aparatu do reklamówki i siadł za kierownicą.
- Mówiłem, ze zrobię to siłą - uśmiechnął się w moją stronę. Miał piękny uśmiech.
- Liam nie kupisz tego aparatu. Widziałam jego cenę i nie pozwolę aby obca osoba wydawała taką sumę.
- Twierdzisz, ze się nie znamy? Dobrze bo po kupieniu aparatu chcę wziąć od ciebie numer i rozwijać naszą znajomość. - odparł, a ja poczułam motyle w brzuchu. Dlaczego nowo poznany gostek tak na mnie działał? Lecz zamiast do salonu z urządzeniami elektronicznego podjechaliśmy pod ładny dom.
- Tu mieszkam z rodzicami - wyjaśnił Liam - nie chciałaś abym kupił ci aparat więc chociaż zobaczysz gdzie mieszkam.
- Bardzo ładnie - pochwaliłam gust ich rodziców. Zaprosił mnie do środka. Przywitałam się grzecznie z rodzicami Liama i ruszyliśmy do jego pokoju.
- A oto Liamolandia! - powiedział ogarniając ręką cały pokój. Muszę przyznać, ze był urządzony ze stylem. Usiedliśmy na jego ogromnym łóżku i zaczęliśmy rozmawiać. Straciłam poczucie czasu. Myślałam, ze rozmawiamy godzinę, a kiedy spojrzałam na zegarek doznałam szoku.
- Liam jestem u ciebie już cztery godziny! Musze wracać do domu, rodzice pewnie umierają z nerwów. Niechętnie spojrzał na mnie.
- Nie chcę żebyś jechała.
- Przecież nie jadę na koniec świata. Mieszkamy bardzo blisko - zaśmiałam się.
- Poczekaj jeszcze trochę - poprosił, więc usiadłam. Wymieniliśmy się numerami telefonów. Zwykle tego nie robiłam, ale dzisiaj wiele swoich granic przekroczyłam. Nagle do pokoju wszedł chłopak z postawionymi blond (farbowanymi) włosami i niebieskimi oczami. W dłoni trzymał jakąś torbę.
- To twój brat czy chłopak? - zapytałam, a oni spojrzeli na mnie dziwnie.
- Przyjaciel - wyjaśnił Liam dobitnie akcentując to słowo - Nie mogłeś szybciej?! - tym razem zwrócił się do Blondyna.
- Sorry stary, korki - wzruszył ramionami tamten.
- To jest [T.I]. [T.I] to Niall mój przyjaciel.
Podaliśmy sobie ręce. Miał fajne dłonie.
- Okej ja naprawdę już muszę lecieć.
- Odwiozę cie - uparł się Liam, więc nie naciskałam. Pożegnaliśmy sie z nowo poznanym chłopakiem a Niall machał nam wesoło. Jednak zanim odjechaliśmy Liam wręczył mi torbę, którą przedtem trzymał Niall. Rozpakowałam ją, aczkolwiek domyślałam się co jest w środku i nie pomyliłam się. Otworzyłam pudełko z nowiuteńkim modelem mojego aparatu.
- Ale ty jesteś uparty...
- Jestem i co zrobisz?
- Nic?
- Właśnie. Więc grzecznie weź prezent i zaproś mnie na randkę. Wyrównasz wtedy rachunek - puścił mi oczko.
- O ty cwaniaku ukartowałeś to sobie...
- A jakżeby inaczej - zaśmialiśmy się.

Liam podwiózł mnie pod dom, a potem przyprowadził mój rower, co było słodkie. Więc na pożegnanie dałam mu zasłużonego buziaka w policzek i obiecałam, że spotkamy się jeszcze nie raz. Później patrzyłam jak odjeżdża po czym ruszyłam do domu. Rodzice nie zadawali zbytnich pytań, chcieli tylko abym im pokazała zdjęcia. Dałam im więc aparat na którym było mnóstwo zdjęć Liama i moich ale więcej z samym Payne'm.
- A to kto? - zapytała mama.
- To? To jest mój nowy znajomy - odparłam z uśmieszkiem, którego znaczenie znałam tylko ja.

                   , ,Każdego dnia nadajesz memu życiu nowy sens, z Tobą mogę iść po jego kres... "