One Direction

One Direction

Łączna liczba wyświetleń

Przepraszam...

...jeśli jakiś imagin pojawi się kilka razy w innych postach to przepraszam. Po prostu jest tego dużo i czasami się w tym gubię. Dziękuję za zrozumienie. Jeśli zauważysz, że imagin wstawiłam wcześniej to możesz powiadomić mnie o tym w komentarzu.

środa, 7 maja 2014

17#Harry

Blog: Imaginy o One direction ♥
Jesień w Anglii nie różniła się za bardzo od pozostałych pór roku. No, może
więcej padało, a na niebie częściej gościły szare chmury, ale do tego
wszyscy byli przyzwyczajeni. Nie rozróżniałam dni tygodnia, nie liczyłam
miesięcy. Czas uciekał mi przez palce i nim się obejrzałam nadszedł
listopad. Mokry. Nie tylko przez deszcz.
Wsparłam głowę na ugiętej ręce, jakby jej ciężaru nie mogła już dłużej
unieść szyja. Palcem wskazującym obrysowywałam brzeg niebieskiego kubka, w
którym zaparzona herbata miętowa zdążyła wystygnąć, ale mnie to nie
obchodziło. Kółka wychodzące spod opuszka były idealne, lecz ta figura sama
w sobie była ślepą uliczką. Cykl zamknięty jest dobry w biologii - nie,
kiedy chcesz z niego wyjść. Do tej pory nie widziałam jasnego wyjścia z tej
sytuacji. Cokolwiek robiliśmy, nic się nie zmieniało i nawet nie zanosiło
się na to.
- [T.I.]...
Uniosłam wzrok na siedzącą naprzeciwko mnie Trish, trzymającą na kolanach
swojego synka, który wyciągał rączki po słodycze w szklanej misie. Byliśmy
w jasnej, przestronnej kuchni, po której roznosił się smakowity zapach
przypraw i przygotowywanej w piekarniku lazanii.
Zaraz po kolejnej głośnej dyskusji przyjechałam do mojego brata, gdzie
zawsze mogłam znaleźć schronienie. Architekt siedział w pracy, a jego żona
była w gronie ludzi będących dla mnie podporą i skarbnicą wiedzy. To do
niej kierowałam swoje kroki gdy miałam problem, bo tylko jej zwierzyłam się
z moich kłopotów w związku.
Jej zielone oczy przypominały mi jego tęczówki, więc postać Jacoba była
lepszym punktem do zaczepienia. Mały był niezwykle uparty i niestrudzenie
sięgał po ciastka. Ulitowałam się nad nim podsuwając mu naczynie, za co
otrzymałam wyraz szczerej dziecięcej radości w brązowych oczach.
- Co się stało?
- Odeszłam.
No dobra, sprawa nie prezentowała się aż tak spokojnie jak to
wypowiedziałam. Prawdopodobnie nadal byłam w szoku, że się na to zdobyłam,
bo nigdy nie wyobrażałam sobie takiego zakończenia.
- Nie mówisz chyba poważnie? - jej szczere zaskoczenie wskazywało, że ona
też się tego nie spodziewała.
Wzruszyłam ramionami, unosząc kubek do ust, by zyskać na czasie.
Wzdrygnęłam się, gdy zimna ciecz popłynęła wzdłuż przełyku, lecz nadal
miała niesamowity smak.
- O co tym razem poszło?
Zmarszczyłam brwi na to pytanie. Było trafne, za to odpowiedź trudna.
- A o co nie poszło... J-ja - wzięłam głęboki oddech - ja już tak nie mogę.
My chyba nie potrafimy ze sobą rozmawiać.
Każda rozmowa kończyła się złością, pełnymi wyrzutu spojrzeniami i
trzaskiem zamykanych drzwi - przeze mnie albo przez niego. Kłóciliśmy się o
każdą błahostkę. Tego popołudnia to ja wybiegłam z mieszkania, mając w
kieszeni telefon i kilka funtów. Komórkę wyłączyłam zaraz po znalezieniu
się w autobusie.
Zresztą Harry i tak by nie zadzwonił, a tylko w ten sposób mogłam się
łudzić, że się o mnie martwi. Nie chciałam jak desperatka wpatrywać się w
ekran, pragnąc żeby podświetlił się pokazując jego zdjęcie, co nigdy by nie
nastąpiło. Przyznać, że przegrałam bitwę o jego serce było najcięższą
rzeczą, którą musiałam zrobić. On teraz pewnie siedział w klubie albo na
domówce bez zmartwień, w otoczeniu mnóstwa kobiet, z których połowa to jego
byłe i przyjaciółki. Bawił się doskonale, podczas gdy ja analizowałam
wszystko walcząc z bólem głowy, bo do tego wszystko prowadziło.
Na pytania zadawane podczas wspólnej kolacji odpowiadałam jak mogłam
najlepiej. Scott zdawał się niczego nie podejrzewać, Trish powstrzymała się
od komentarza, uśmiechając się ciepło i pocieszająco. Grałam znowu
szczęśliwą dziewczynę, bez problemów, kłamiąc, że między mną a Stylesem
jest wszystko dobrze, jeśli nie lepiej. Z tej sielskiej atmosfery miałam
wrócić do miejsca, będącego kompletną opozycją domu Scotta i Trish.
Postanowiłam jednak najpierw podarować sobie długi spacer.
Drzwi windy rozsunęły się, ukazując przede mną obraz ostatniego piętra w
postaci trzech par drzwi. W dłoni trzymałam pęk kluczy od mieszkania
Harry'ego, który dał mi portier. Zostawiałam go u niego, co jak widać w
popłochu się przydało. Jedna z zawieszek przedstawiała małego kościotrupa,
będącego moim znakiem rozpoznawczym. Tak się poznaliśmy - przyszedł do
zdjęcia złamanej ręki, bajerując inne klientki na sposób w jaki to zrobił,
a mnie przekonując o złamanym sercu. To był dzień, w którym zobaczyłam go
po raz pierwszy i wiedziałam, że nie ostatni.
W przedpokoju zmieniłam buty przy nikłym świetle małej lampki. Tak, jak
podejrzewałam nie było chłopaka. Wróciliśmy do utartego schematu, tak
bardzo znienawidzonego. Już tutaj byliśmy, znałam to aż za dobrze.
Powiedzenie, że nie chcę tego niczego nie dawało. Trzeba było zacząć
działać.

*Kiedy robisz, co w twojej mocy, ale nie osiągasz celu Kiedy dostajesz to,
czego chcesz, ale nie to, czego potrzebujesz Kiedy czujesz się taki
zmęczony, ale nie możesz spać Utknąłeś na wstecznym biegu Kiedy te łzy
spływają po twojej twarzy Kiedy tracisz coś, czego nie możesz niczym
zastąpić Kiedy kogoś kochasz, ale wszystko idzie na marne Czy mogłoby być
gorzej?*

Po wzięciu kąpieli wygrzebałam spod łóżka torby i kartony, po czym zaczęłam
się w nie pakować. Zabierając rzeczy z garderoby, wspomnienia wróciły,
atakując mnie ze zdwojoną siłą. Przesunęłam palcami po jego czarnym swetrze
delektując się miękkością ubrania i nie mogąc się powstrzymać, pochyliłam
się zaciągając się specyficznym zapachem właściciela. Przymknęłam powieki,
przegryzając dolną wargę, nie pozwalając, by jakikolwiek dźwięk wydobył się
z moich ust, mimo że byłabym tego jedynym świadkiem. Otarłam wierzchem
dłoni słone łzy i zgasiłam światło. To był koniec. Spadłam na sam dół.

*And I'll be gone gone tonight The ground beneath my feet is open wide The
way that I've been holdin' on too tight With nothing in between*

***

Dopiero trzask drzwi sprawił, że mrugnąłem powiekami. Oddychałem głęboko
niczym po intensywnym wysiłku, który nie przyniósł ukojenia. Płuca
napełniały się powietrzem, a gardło nadal pulsowało, jakby brakowało mu
krzyku, wydobywającego się z niego zaledwie kilka sekund temu. Stałem jak
sparaliżowany, z mocno zaciśniętymi pięściami, gotowy do ataku. Tylko że
nikogo nie było. Cisza zalegająca w uszach raniła je. Zostałem sam między
czterema ścianami, będącymi świadkami wielu scen.
*"Wszyscy kłamią. Ty nie jesteś wyjątkiem.."*
*"Do czego jestem ci potrzebna?! Do rozgrzewania łóżka?!"*
*"Kiedykolwiek pomyślałeś jak ja się wtedy czuję?!"*
*"Jesteś głupkiem! Pieprzonym egoistą! Potrafisz kochać kogoś prócz
siebie?!"*
Nie potrafiłem wyjaśnić historii napisanych na tych ścianach. One po prostu
się działy, nie pytając żadnego z nas o pozwolenie. Były chwile śmiechu,
radości, pełne ciepła i miłości. Podszedłem do ramki wiszącej na jednej z
głównych ścian w salonie, chowającej za szkłem najpiękniejszą fotografię
jaką widziałem. Ja i [T.I]. My. Razem. Uśmiechnięci. Było to na urodzinach
Louisa. Staliśmy wtedy na zewnątrz mimo minusowej temperatury i
kilkucentymetrowego śniegu. Lou i Zayn zabawiali się w odpalanie
fajerwerków w czym z ochotą im pomogłem. Kiedy zaczął się pokaz, zauważyłem
jak [T.I] pociera o siebie dłonie odziane w pasiaste rękawiczki. Szybko do
niej podszedłem, objąłem i ucałowałem w zaczerwieniony nosek. Zachichotała.
Mówiła, że lubi jak ją ogrzewam, a ja za punkt honoru obrałem sobie
utrzymywanie jej ciepła. Pierwsza petarda wystrzeliła w powietrze, więc
szybko odwróciłem dziewczynę, przytulając się do jej pleców, chowając jej
dłonie w swoje na jej brzuchu. Wtedy przybiegła Perrie z aparatem w ręku,
natomiast my wyszczerzyliśmy się jak głupki.

Westchnąłem, przesuwając palcem po twarzy [T.I]. Błyszczące szare oczy,
cała rozpromieniona, z zaczerwienionymi policzkami od mrozu. Tak dawno tego
nie widziałem. Tak bardzo za tym tęskniłem. Doskonale wiem, że byłem
przyczyną. Ja oraz moje cholerne zachowanie. To był ostatni wieczór
należący do dobrych wspomnień. Potem rozpoczęło się piekło.
Jej łzy. Nieufność. Wzrok pełen bólu i rozczarowania. Zakładanie masek w
towarzystwie przyjaciół. Dnie bez odzywania się do siebie. Widziałem, jak
odwracała głowę, gdy chciałem złapać z nią kontakt wzrokowy. Wkurzałem się,
że ją krzywdzę, że do tego doprowadziłem i że nie jestem w stanie zmienić
tego. Na nadgarstku wypalał mi skórę tatuaż, który kiedyś świadczył o sile
mojej osobowości, że nikt nie może na mnie wpłynąć i mnie zmienić. Teraz
byłem gotowy go zdrapać, gdybym tylko mógł. Zostawiłbym zamiast niego puste
miejsce. Jak moje serce - pozostawione otwarte, lecz puste na wiele dni.
*"To zaszło za daleko. Nie czuję tego samego jeśli chodzi o nas co kiedyś.
Nie umiem z tobą żyć..."*
Miałem wrażenie, że jeśli umrę, zapiszą jej słowa na moim grobie.
Powinna była wiedzieć, iż ją kocham. Że nie wyobrażałem sobie życia bez
niej. Tylko ty, geniuszu, powinieneś był dać jej znak. Ona nie była temu
winna. Fundowałem jej samotność, oczekując od niej w zamian ciepła, gdy
wracałem późną nocą nietrzeźwy do domu. Tak zachowuje się zakochany facet?
Na ścianach zapisane były wszystkie kolory, odzwierciedlające emocje
domowników. Nie dziwiła mnie przewaga szarości i czerni, przeplatanych z
czerwienią, nie oznaczającą miłości, lecz gniew. Nie mogłem ich zmienić,
zmazać. Tak jak nie można cofnąć swojego życia do momentu narodzin, by móc
je przeżyć jeszcze raz, od początku, stąpając po innych drogach. Jedyne co
mogłem, to sprawić, by te barwy zostały zastąpione przez zupełnie inne
odcienie, przywracając im życie.
Czekałem na nią, aż wróci, ściskając telefon w ręku, jakby to miało
sprawić, że zamiast automatu odezwie się jej głos po drugiej stronie. Nie
dopuszczałem o siebie myśli, że odeszła. Musiała tu wrócić - miała tu swoje
rzeczy, tu mieszkała. Ze mną. Z tym, który dawał jej nadzieję na lepsze nic
nie zmieniając.
Ściemniło się, a jej nadal nie było. Na zegarku zauważyłem kilka minut po
dwudziestej i zacząłem się jeszcze bardziej niepokoić. Po raz setny
wybrałem jej numer, otrzymując tą samą odpowiedź, co za każdym poprzednim
połączeniem. Przeszedłem szybko na korytarz, zabierając z szafki klucze od
auta i po zamknięciu drzwi mieszkania, z przerzuconą kurtką przez ramię,
zbiegłem na dół nie czekając na windę.
W twarz, prócz zimnego wiatru uderzały mnie wspomnienia, utwierdzające mnie
w tym, jakim byłem idiotą i że tym razem [T.I] wcale nie musi do mnie
wrócić. Trwoniłem jej miłość i zaufanie, dopóki nie pękła wewnątrz.
Myślałem, że mnie nie zostawi, bo zawsze byłem rozchwytywany przez kobiety.
Pieprzony egoista! To mnie dobijało, lecz zasłużyłem na to.
Gnałem przez ulice prosto do domu Scotta, kuląc się, gdy inni kierowcy
trąbili na moją jazdę. Miałem wrażenie, iż całe miasto wiedziało co
zrobiłem i wytykało mnie palcami.
Pokonałem schody na ganek domu Barrettów jednym susem, a zapalone okna
świadczące o obecności domowników nieco mnie uspokoiły. [T.I] musiała tu
być!
W drzwiach pojawiła się Trish, obdarzając mnie zdziwionym spojrzeniem.
Zmieszałem się. Cóż, dawno się nie widzieliśmy.
- Była tutaj, ale już jej nie ma - rzuciła chłodno, odpowiadając na nieme
pytanie.
Nie ma jej?
- Wiesz może gdzie poszła? Błagam, pomóż mi...
Pokiwała przecząco głową i zamknęła mi drzwi przed nosem. Wpatrywałem się w
czarną powłokę przez kilka sekund, zanim odwróciłem się i wskoczyłem do
auta. Odpaliłem silnik drżącymi rękoma. Do świadomości dochodziły najgorsze
scenariusze, lecz póki nie byłem pewien, że zrobiłem wszystko, by ją
zatrzymać, nie przyjmowałem w opcjach jej odejścia.
Gwałtownie zawróciłem i włączyłem ogrzewanie. Na dworze było niewiele ponad
kilka stopni Celsjusza. Gdzie ona się podziewała? Przecież nie przepadała
za mrozem, a jak już musiała gdzieś iść, byłem zawsze obok, by ją ogrzać.
Rozglądałem się uważnie po drodze, bo jeśli nie u Scotta była, to wróciła
do domu. Przynajmniej taką miałem nadzieję.
Nadzieja matką głupich.
Pusto. Ciemno. Cicho.
Z telefonem przy uchu wybiegłem z windy, przeklinając w duchu to, że od
razu za nią nie wyszedłem, kiedy trzasnęła drzwiami. *Abonent tymczasowo
niedostępny.* Byłem gotowy jeździć całą noc, żeby ją znaleźć i sprawić by
było jej ciepło. Nie tylko fizycznie. Chciałem, aby poczuła ciepło mojego
ciała i serca przy sobie.
Kolejne odwiedzane przeze mnie miejsca nie przynosiły dobrych wieści.
Poruszałem się w tę i z powrotem, zaglądając wszędzie, gdzie tylko mogła
się pojawić [T.I]. Kawiarnie, księgarnie, park. Pojechałem do Mandy i kilku
jej przyjaciół, ale żadne z nich nie miało informacji o Barrett.
            Łzy w oczach zamazywały mi pole widzenia. Czas był zamrożony.
Pragnąłem krzyknąć na całe gardło, ile tchu w płucach, tak jak stałem. Nie
obchodzili mnie ludzie, tylko moja [T.I]. A może już nie moja? Na miejscu
serca miałem wielką dziurę. Ono było w klatce, do której kluczyki posiadała
wyłącznie ta dziewczyna. Jej się trzymałem i nie myślałem o zabezpieczeniu,
bo przecież bez niej nie istniałem. Dlaczego dopiero teraz to zrozumiałem?!
           Objechałem jeszcze kilkakrotnie miasto. Bez skutku. Martwiłem
się, że coś jej się stało, że ktoś mógł jej coś zrobić. Już wszystko jedno
mi było, czy do mnie wróci czy odepchnie na zawsze. Zapragnąłem jedynie
zabrać ją do domu, gwarantując bezpieczeństwo.
           W radiu głosili północ, kiedy podjechałem pod budynek z ciemnej
cegły. Postanowiłem, że jeśli nie będzie jej na górze zadzwonię na policję,
bez względu na konsekwencje. Ponownie nie czekając na windę wybrałem
schody. Zatrzymałem się przed odpowiednimi drzwiami i przez chwilę tak
stałem nasłuchując. Strach został spotęgowany, jednak dzięki skupieniu
trafiłem od razu kluczami w zamek. Z duszą na ramieniu przestąpiłem próg
mieszkania.
Zapaliłem małą lampkę, kątem oka rejestrując obecność jej kurtki na
wieszaku. Musiałem dotknąć ubrania, by upewnić się, że to nie fatamorgana.
Przy szafce ustawione były jej buty, na co serce zareagowało trzepotem.
- [T.I]? - cisza.
Przeszedłem salon, rozglądając się po nim. Na stoliku przy kanapie leżał
pęk kluczy z kościotrupem. Uśmiechnąłem się delikatnie. To były jej.
Drzwi od sypialni były uchylone, a w środku ciemno. Pchnąłem je lekko,
natomiast łuna światła z salonu pozwoliła, bym zobaczył na łóżku skuloną
dziewczynę. Wypuściłem wstrzymywane powietrze z ulgą. Była tutaj. Cała i
zdrowa. Bezpieczna. Nic jej się nie stało.
Podszedłem bliżej. Klatka piersiowa [T.I] unosiła się miarowo. Włosy
okalały twarz, na której ślady wyznaczyły ściekające wcześniej łzy.
Płakała. Znowu. Przeze mnie. Coś ścisnęło mnie za serce. Powinno być
inaczej.
Przysunąłem jak najbliżej łóżka fotel, starając się to zrobić jak
najciszej. Nie śmiałem położyć się obok niej. Zsunąłem ze stóp buty i
skarpetki, wkopując je pod mebel i umościłem się w fotelu, kładąc nogi obok
stóp [T.I]. Podarowałem sobie prysznic i tym podobne rzeczy. Wiedziałem, że
o poranku ujrzę ją w świetle dnia, ale nie zamierzałem opuścić jej, kiedy
ledwie co ją znalazłem. Czekałem na ten czas.
- Kochanie, gonitwa za tobą jest jak ściganie chmur... - szepnąłem, opierając
głowę o oparcie, nie spuszczając z dziewczyny oczu.

***

Poranek przyszedł zdecydowanie za szybko. Słońce wpadało do sypialni przez
okna, które zapomniałam wieczorem zasłonić. Jego promienie osiadły na mojej
twarzy, skutecznie mnie wybudzając. Ziewnęłam przeciągle po przeturlaniu
się z prawego boku na plecy. Pachnąca, ciepła pościel wcale mnie od siebie
nie wyganiała, lecz ja musiałam się obudzić. Po otworzeniu oczu zamrugałam
kilkakrotnie, by przyzwyczaić się do natężenia światła.
Usiadłam na łóżku dostrzegając w fotelu śpiącą postać. Mebel był
przyciągnięty jak najbliżej do mnie, a Harry siedział w nim, mając nogi
ułożone niedaleko moich. Zazwyczaj gramolił się do łóżka bez względu na to
w jakim znajdował się stanie i obejmował mnie mocno w talii, a ja udawałam,
że było dobrze, że tak miało być. Teraz na wszystko patrzyłam inaczej,
zostałam wyrwana z tego snu i chciałam przebudzić z niego Harry'ego.
Wystarczyło delikatne przesunięcie stopy żeby chłopak niespokojnie się
poruszył mrucząc coś pod nosem. Byłam gotowa założyć się o rękę, że dalej
będzie drzemał, a ja wymknę się z pokoju oraz z jego życia. Podciągnęłam
nogi pod siebie i już podnosiłam kołdrę, kątem oka pokuszając się o ponowne
zerknięcie na fotel, gdy natrafiłam na wpółprzymknięte zielone tęczówki.
Zamarłam, podobnie jak moje serce, tylko że ono zaraz zdwoiło siłę uderzeń,
dudniąc tak głośno, iż obawiałam się że Harry je usłyszy. Zaległa cisza.
Nawet typowe poranne dźwięki z zewnątrz umilkły, jakby na całej ziemi
zatrzymał się czas. Z uwagą obserwował każdy mój ruch, wodząc kocimi oczami
po moim ciele, zatrzymując się na chwilę na podwiniętych kończynach. Łóżko
wtedy wydało mi się ogromne jak nigdy. Po jednej stronie ja, po drugiej on,
rozdzieleni oceanem błękitnej kołdry, którą wspólnie wybraliśmy. Czułam się
jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku, tyle tylko, że ja nie miałam
czego ukraść. To on skradł moje serce i ranił je od kilkunastu miesięcy,
lecz ono nadal do niego należało. Nie potrafiłam nic na to poradzić.
Ten poranek był jednym z dziwniejszych w naszym życiu. Nie wiedziałam co
powiedzieć, Harry milczał. Jedyną formą kontaktu był wzrok i mimika twarzy,
ta jednak była zamrożona. Brak krzyku, gwałtownych ruchów zdezorientowało
mnie do granicy możliwości. Nie potrafiłam odczytać żadnych uczuć z jego
oczu, na co się przestraszyłam. Czy to znak stania się dla siebie niemal
obcymi ludźmi? Tak wiele nas dzieliło, tyle ominęło, iż nie umiałam
dowiedzieć się jakie emocje w nim dominują, kiedy na mnie patrzył w ten
sposób?
Pod ciężarem jego spojrzenia spuściłam głowę, wypuszczając zgromadzone w
płucach powietrze przez rozchylone usta. Okazywanie przed nim słabości było
tym, co wychodziło mi najlepiej.
Czekałam, aż coś powie, zrobi cokolwiek, byleby przestać tak siedzieć.
Naprawdę nie mieliśmy o czym ze sobą rozmawiać?
Cicho westchnęłam i podniosłam się z materaca poprawiając za sobą pościel.
Skierowałam się w stronę szafy, ukradkiem wycierając łzy nagromadzone w
kącikach oczu. Zgarnęłam przygotowane ubrania, przytulając je do piersi
niczym ukochaną maskotkę. Na lustro w łazience nie miałam co spoglądać, bez
wątpienia odstraszyłabym każdego człowieka spotkanego na drodze. Wciągnęłam
jeansy i zwykłą koszulkę, obmyłam twarz ciepłą wodą, dopakowałam ostatnie
kosmetyki i z poskładaną w kostkę piżamą opuściłam pomieszczenie, mijając
się ze stojącym przy drzwiach Harrym.
- [T.I]..
Jego zachrypnięty głos wywołał ciarki przechodzące wzdłuż moich pleców,
pozostawiając za sobą gęsią skórkę. Odliczyłam w myślach do pięciu i
odwróciłam się do niego przodem.
- O co chodzi?
Zauważyłam na jego policzku odcisk od szwów poduszki, kiedy zrobił krok do
przodu. Miał na sobie te same ubrania co wczoraj. Już nie wyglądały tak
świeżo - były wymęczone i zmięte, co nie dziwiło bo w nich spał.
- Porozmawiajmy.
Westchnęłam, domyślając się do czego to prowadziło.
- Myślałam, że już sobie wszystko powiedzieliśmy.
- Wczoraj poniosły nas emocje..
Emocje? Co on nie powie!
- Który raz Harry? Nie mam ochoty na kolejną nie prowadzącą do niczego
kłótnię - wyznałam.
- Ja też nie. Mam zawroty od tego, że ciągle kręcimy się w kółko - wplótł
palce we włosy i pociągnął u ich nasady. Odgarnął kosmyki z czoła sprawnym
ruchem, dzięki czemu zobaczyłam małą zmarszczkę między jego brwiami.
- Sam widzisz - wzruszyłam ramionami, uśmiechając się blado. - Najlepsza
opcja to moja wyprowa...
- Przestań grać, [T.I]! - przerwał mi, podchodząc bliżej. - Mówisz o tym,
jakbyś zapowiadała deszcz nad Londynem. Wiem, że tak nie myślisz..
- Skąd wiesz? Od stycznia gramy w jakąś durną grę, w której każde z nas
ustala własne zasady testując granicę drugiego. Oboje założyliśmy maski.
Okłamujemy siebie nawzajem i wszystkich dookoła. Myślisz, że nie modliłam
się, czekając na inne zakończenie? Na to byś choć na chwilę zwrócił na mnie
uwagę, a nie na te wszystkie kobiety...
- Zrzucanie winy w niczym nie pomoże. Trzeba znaleźć przyczynę, moment, w
którym coś pękło..
- Przecież doskonale wiesz kiedy to było. Nie chcę cofać się do przeszłości
- pokręciłam głową.
Wizja wszystkiego, przez co przeszłam w ostatnich miesiącach nie było tym,
czego oczekiwałam od życia.
- Musimy to zrobić. Inaczej nauczymy się tylko popełniać te same błędy.
- Ale tego nie da się naprawić! Nie rozumiesz? Tyle razy próbowałam zmienić
tor, odejść, ale wierzyłam, że tym razem nam się uda - wzięłam głęboki
oddech. Nie patrząc na niego kontynuowałam. - Już nie wierzę. To jest
złamane.

***

*- Wchodziłem po drabinie prosto do okna, z którego wylatywały kłęby
dymu... Pożar był ogromny, jednak ogień dla mnie wtedy się nie liczył.
Obchodziła mnie tylko kobieta uwięziona w tym mieszkaniu...*
*Kolejne westchnięcia kobiece wydobyły się z poczekalni. Posłałam Mandy
zaciekawione spojrzenie, odprowadzając kobietę ze zwichniętą kostką do
wyjścia. Ta tylko wysunęła podbródek do przodu, nie odrywając oczu od
kędzierzawego chłopaka z temblakiem na lewej ręce. Otoczony wianuszkiem
kobiet wydawał się być w swoim towarzystwie. Pożegnałam klientkę i wracając
do gabinetu chwyciłam teczkę kolejnego pacjenta.*
*- Pan Harry Styles.*
*Po hallu rozniósł się głośny dźwięk zawodu kobiet. Zorientowałam się, że
wywołałam główny obiekt zainteresowania, czym nagrabiłam sobie mnóstwo
minusów.*
*- I jak się skończyło? Jesteś z nią? - niepohamowana ciekawość rudej i
zadane przez nią pytania wydały się krążyć po głowach wszystkich w
poczekalni, takie miały zadowolone miny. Pomyślałam, że zaraz zaczną jej
bić brawo.*
*Chłopak spojrzał na mnie pytająco, jakby oczekując mojej zgody na co
kiwnęłam ręką by kontynuował. Zaskoczona intensywnością zielonych tęczówek,
ruszyłam powoli do gabinetu.*
*- Niestety. Okazało się, że jest zaręczona. Była bardzo szczęśliwa, a ja
nie chciałem w to ingerować. Liczyło się dla mnie tylko to.*
*Uśmiechnęłam się pod nosem na emocjonalną reakcję pacjentek, które i tym
razem stanęły na wysokości zadania w wydawaniu odgłosów żalu i zasmucenia.
Chyba nawet słyszałam pochlipywanie. Pokiwałam z rozbawieniem głową,
przygotowując sprzęt.*
*- Zamknąć drzwi? - doszedł mnie głos chłopaka, który stał w progu.*
*- Tak, poproszę.*
*Podszedł pewnie do biurka, przyglądając się temu, co robię.*
*- A zatem.. Prześwietlenie złamanej lewej ręki.*
*Ustawił się przy maszynie kładąc kończynę na odpowiednim miejscu.*
*- Wie pani, że to nie jedyne złamanie?*
*- Jak to? Nie uwzględnili tego w karcie? - już rzucałam się do teczki,
kiedy przytrzymał mnie za nadgarstek. Miał chłodne dłonie, mimo że siedział
u nas prawie godzinę.*
*- Mam złamane serce.*
*Jego dotyk był palący, zostawiający gorące odciski na skórze. Policzki
zalały się rumieńcem, a to za sprawą magicznych tęczówek i delikatnie
ukazujących się dołeczków, gdy uniósł kąciki malinowych ust.*
*- Nie wiem czy coś na to poradzę.*
*- Wierzę w panią. Jest pani specjalistką od złamań.*

***

- Nieprawda - odparł pewnie. - Nadal wierzysz. Spec od złamań już naprawił
jedno serce, pamiętasz? - wyciągnął rękę w moją stronę, ale powstrzymał się
w połowie drogi, jak gdyby nie wiedział czy może wykonać ten gest. - Tym
razem nie jesteś sama. Razem możemy stawić temu czoło i przez to przejść.
Tylko razem jesteśmy najsilniejsi.
To nie był sen. Przegryzałam wnętrze policzka, uszczypnęłam się w rękę i
nadal stałam pośrodku salonu. Harry stał przede mną, nie unosząc się, a
mówiąc spokojnie, cicho.
- Nie chcę więcej być powodem twojego zawodu i cierpienia - ostatnie zdanie
powiedział cicho, ze skruchą.
Zahaczył delikatnie, z pewną dozą nieśmiałości o moje palce. Upewniony, że
nie wyrwę mu się splótł nasze dłonie. Kciukami pocierał wnętrze moich
dłoni. Tęskniłam za tym tak bardzo.
- Myśleliśmy że mamy więcej czasu, ale przez te wszystkie zawirowania
straciliśmy go zbyt dużo. Jesteśmy spóźnieni. Musimy podjąć decyzję. Ja już
zdecydowałem, wszystko zależy od ciebie [T.I] - chcesz ze mną być? Nie mam
zamiaru popełniać błędów, które doprowadziły nas do tego miejsca. Widok
ciebie zranionej rozdziera mnie samego. Pozwól mi to naprawić. Kocham cię.
Rozchylonymi ustami zachodziła wymiana gazowa, bo nos został zapchany. Nie
poczułam jak pierwsze łzy popłynęły po skórze, tworząc na niej mokre
szlaki. Serce tłukło w piersi, wyrywając mnie do przodu. W głowie
przetwarzałam słowa Harry'ego, będące jasne i szczere. On chciał to
wyprostować, skończyć z utartym schematem, wyjść z labiryntu i zabrać mnie
ze sobą. Ze sobą. Nie zostawić na pastwę losu ze złamanym sercem, jak to ja
chciałam rozwiązać. Pragnął życia ze mną. Kochał mnie!
- Wybacz mi, [T.I]  - oparł nasze czoła o siebie. Jego głęboki oddech owiał
moją twarz. - Tatuaże mogą zdobić moją skórę, moje jeansy mogą być podarte.
Nie jestem idealny, ale przysięgam, że jestem idealny dla ciebie - szeptał.
- Szukałem ciebie całą noc. Tak bardzo się boję, że cię stracę..
Milczałam. Na takie zakończenie liczyłam?
- Powiedz coś. Powiedz, że mnie nienawidzisz, że kochasz kogoś innego, ale
odezwij się do mnie.. - jęknął.
Przełknęłam ślinę, pociągnęłam nosem i biorąc głęboki oddech, podniosłam na
niego wzrok. Zielone oczy były zaszklone i przepełnione bezradnością.
- Harry... - szepnęłam.
Widocznie spiął się, oczekując kontynuowania. Nie nadchodziło.
- Tak?
Do dzieła Barrett!
- Mogę ci wybaczyć, ale pod jednym warunkiem.
Nie rozluźnił się, wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej spiął mięśnie.
Widziałam, że w jego umyśle pojawiają się różne wizje i podejmuje decyzję.
- Zrobię wszystko cok..
- Wybacz mi - wcięłam mu się.
Nie mógł być bardziej zaskoczony. Rozszerzył oczy, jakby to miało pomóc mu
zrozumieć.
- Ale..
- Nie jestem mniej winna niż ty - byłam pewna swoich racji. - Oboje
jesteśmy w to nierozerwalnie wplątani. Patrząc bliżej jest wiele do
odkrycia. Musimy dowiedzieć się co było złe bez obwiniania siebie nawzajem.
Zatem..?
Uważnie skanował moje oczy, nie spuszczając z nich swoich ani na sekundę.
Jego tęczówki zajaśniały dawno niewidzianym blaskiem. Uśmiechnął się
nieśmiało, ściskając mocniej moje dłonie.
- Wybaczam ci [T.I].
- Wybaczam ci Harry.
Uśmiechy na naszych twarzach się poszerzyły, kiedy jednocześnie
wypowiedzieliśmy słowa, mające ogromną moc. Największą na świecie.
- Kocham cię.
Dotyk miękkich ust chłopaka na moich własnych wzbudził wielką chmarę
motyli, do tej pory poruszających powoli swoimi skrzydełkami. Dzisiaj
odżyły na nowo, pobudzone głębokim uczuciem. Miłość płynęła w moich żyłach
razem z krwią, docierając do każdej najmniejszej komórki. Byłam w moim
własnym raju - tu, na ziemi, w deszczowej Anglii, mając u boku miłość
mojego życia.
Spodziewałam się takiego zakończenia? Szczerze? Nie. Nie ja. Moje serce
natomiast od początku na nie liczyło. To ono nie poddało się, gdy rozum
podpowiadał by zrezygnować. Tylko czy gdyby nie rozum, nadal tkwilibyśmy w
martwym punkcie, gdzieś pośrodku świata kłótni? Nie miałam co gdybać.
Harry oderwał się ode mnie, składając ostatni, delikatny pocałunek na
spierzchniętych ustach, nie wypuszczając mnie z objęć. Wysunęłam palce z
jego loków, przenosząc je na ramiona.
- To należy do ciebie - zdjął z szyi naszyjnik ze srebrnym sercem, który
wczoraj wcisnęłam w złości mu w pięść. Odgarnął mi włosy na lewe ramię i
zapiął łańcuszek. Chłodny metal zatrzymał się poniżej linii obojczyków. -
Tak samo jak moje całe serce. Zechcesz je przyjąć?
Nie odmówiłam. Nie mogłam. I nie chciałam. Już nigdy nie chciałam być bez
niego.
Wbrew pozorom wszystkie elementy układanki wracały na swoje miejsce. To tak
jak z puzzlami, wpasowując jeden w odpowiednie miejsce, reszta pójdzie
sama. Obraz, który z tego powstanie masz przed sobą. My tworzyliśmy własną
ilustrację szczęścia. Historię naszego życia. Nie wiedzieliśmy co z tego
wyjdzie, ale byliśmy pewni, że póki jesteśmy razem, damy sobie radę i
będzie to coś wspaniałego.
Skreśliliśmy więc z naszego planu popełnianie tych samych błędów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz